REKLAMA




Paula przez pół roku pracowała na nielegalnej plantacji zioła w Kalifornii.

"Najlepsi zarabiali 750 dolarów dziennie" - wywiad Noizz.pl

Tagi

Źródło

Noizz.pl
Krzysztof Tragarz

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła. Pozdrawiamy!

W tekście źródłowym znajdziecie więcej zdjęć!

Odsłony

862

Choć od 2018 roku w Kalifornii można legalnie uprawiać i sprzedawać marihuanę, obok wciąż działają nielegalne plantacje. Ich istnienie nie jest tajemnicą dla lokalnych władz, jednak w zamian za łapówki, funkcjonariusze przywalają na ich działanie. Plantatorzy zatrudniają osoby z różnych krajów świata, które nie mają pozwolenia na pracę w USA. Porozmawiałem z jedną z takich pracownic - Polką, która pojechała do Kalifornii i przez kilka miesięcy zajmowała się nielegalną hodowlą marihuany i przygotowaniem cennego suszu. Zapytałem ją o to, jak wygląda typowy dzień pracy trimigranta - imigranta, którego zadaniem jest trymowanie zioła i dowiedziałem się m.in. tego, co sprawia, że nasza rozmówczyni planuje już kolejny wyjazd.

Krzysztof Tragarz: Jak to się stało, że malarka z Polski trafiła na nielegalną plantację marihuany w Stanach Zjednoczonych? Z tego, co wiem, masz już za sobą dwa sezony pracy na pięciu plantacjach w Kalifornii, a kolejny wyjazd planujesz jeszcze w tym roku.

Paula (imię bohaterki zostało zmienione): Szukałam dodatkowego źródła zarobku, które pozwoliłoby mi na poświęcenie czasu malarstwu, bez konieczności martwienia się m.in. o opłacenie rachunków. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie przyjaciółka z propozycją "niebezpiecznej pracy", która miała mi zagwarantować finansowe bezpieczeństwo. Skończyło się na tym, że na nielegalnych farmach spędziłam w sumie prawie pół roku, bo każdy taki wyjazd to trzy miesiące pracy.

To musiała być trudna decyzja. Od razu postanowiłaś, że jedziesz?

W zasadzie tak, ale wiązała się z tym masa problemów. Decydując się na wyjazd, nie wiedziałam, co czeka mnie na miejscu. Moja znajoma nie mogła podać mi namiarów na plantację, w której pracowała, to zabronione. Przed wyjazdem byłam świadoma tego, że to czy dostanę pracę na plantacji, czy nie, będzie zależało od mojej umiejętności nawiązania kontaktu z odpowiednimi ludźmi. Szukając pracy przy uprawie zioła, można wybrać hrabstwo Humboldt albo Nevada. Sami mieszkańcy mówią o nich, że to jedne wielkie plantacje zioła, które oczywiście są odpowiednio ukryte. To, że te hodowle tam są, jest wiedzą powszechną, ale ich dokładną lokalizację znają tylko nieliczni. Dużo większe szanse na zdobycie pracy są w hrabstwie Humboldt, ale problem polega na tym, że to miejsce jest dość niebezpieczne, a lokalni mieszkańcy znani są z zamiłowania do mefedronu.

Od czego zacząć taką podróż?

Moja historia zaczęła się w położonym w hrabstwie Nevada miasteczku o wdzięcznej nazwie Grass Valley, które jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, ale ciężej jest tam znaleźć pracę na plantacji. Kiedy w 2017 roku przyjechałam pierwszy raz, początkowo spędziłam kilka dni, śpiąc na parkingu przed barem. Byłam sama, więc w ciągu dnia bardzo dużo rozmawiałam z ludźmi, starając się złapać kontakty i pokazać, że jestem osobą godną zaufania. W pewnym momencie przyszedł mały kryzys, bo po tygodniu nocowania na parkingu zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że mam już tego dosyć. Niedługo po tym, jak skończyłam tę rozmowę, jedna z osób, którą udało mi się wcześniej poznać, zaoferowała mi pracę na plantacji. Choć wiedza o istnieniu plantacji jest powszechna, tak naprawdę na ulicach mało się o nich mówi. Takich ludzi jak ja - imigrantów szukających pracy na plantacji - było w Grass Valley wielu, ale żaden nie mówi wprost, po co przyjechał.

Zgaduję, że właściciele plantacji nie stoją przy drodze z tabliczką „szukam nielegalnych imigrantów, do pracy”.

Właściciele z tabliczką nie stoją, ale obserwują, co dzieje się w mieście. To są z reguły bardzo małe miejscowości, więc kiedy pojawia się ktoś nowy i kręci się "bez celu", od razu wiadomo, po co przyjechał. W Grass Valley był tylko jeden sklep, mała kawiarnia, bar i stacja benzynowa - pamiętam, że czułam się trochę, jak na planie westernu. Miało to swoje zalety, bo tak naprawdę tylko w tych miejscach mogłam poznawać ludzi. Z początku każdy dzień wygląda tak samo: rano szłam do kawiarni, w której czekałam na otwarcie baru, gdzie potem mogłam rozmawiać z ludźmi do momentu zamknięcia lokalu. Sporym utrudnieniem w znalezieniu pracy jest konkurencja, bo ludzi podobnych do mnie, którzy też starali się znaleźć pracę na plantacji, było mniej więcej trzydziestu.

Czy podczas swojego drugiego wyjazdu, byłaś już w stanie rozpoznać osoby, które przyjechały szukać pracy na plantacjach po raz pierwszy?

Do tej pracy przyjeżdżają ludzie z całego świata i w każdym wieku: od nastolatków po 50-latków. Jeśli ma się już jakieś doświadczenie, to przed wyjazdem pakuje się ze sobą ciuchy, których nie żal będzie wyrzucić - zapach unoszący się na plantacjach osiada na wszystkim, więc nie ma mowy o tym, aby w roboczych ciuchach wrócić na lotnisko. W związku z tym osoby, które pracowały już wcześniej na plantacji, można poznać m.in. po tym, że ciuchy kupują w lumpeksie, nie dbając za bardzo o to, jak w nich wyglądają. Jeśli widzisz, że ktoś w mieście jest elegancko ubrany i wydaje się trochę "za czysty" - można przypuszczać, że to jego pierwszy sezon.

Praca na plantacji, a kwestie bezpieczeństwa

Opowiedz o pierwszych godzinach pobytu na plantacji.

Pierwszy dzień to tak naprawdę wielka niepewność i bezustanna obserwacja. Wynika to z tego, że właściciele plantacji zatrudniając kogoś do pracy, nie mają pewności czy taka osoba faktycznie przyjechała dorobić, czy jest współpracownikiem wydziału narkotykowego. Bardzo ważne jest to, aby być uczciwym i już na samym początku pokazać, że nie boisz się ciężkiej pracy. Każdego dnia musiałam obrobić konkretną ilość suszu.

Obawy właścicieli plantacji wynikają ze złych doświadczeń? Czy spotkałaś się z sytuacją, kiedy któryś z pracowników okazał się agentem wydziału narkotykowego?

Szczerze mówiąc, nie wiem, czy oni mieli wcześniej jakieś złe doświadczenia. Lokalna policja doskonale wie o istnieniu plantacji, jak i o tym, że zatrudniani są na nich imigranci bez pozwolenia na pracę z krajów z całego świata. Tam wszyscy doskonale się znają i trzeba pamiętać o tym, że miasto, w którym zlokalizowana jest plantacja, zarabia na tym biznesie całkiem spore pieniądze.

Nie było żadnego sekretnego spotkania na temat bezpieczeństwa, na którym kazano ci posługiwać się fałszywym imieniem czy wyrzucić telefon komórkowy? Ja w dalszym ciągu trochę tak sobie to wszystko wyobrażam.

Nic takiego nie miało miejsca, ale o tym, jak się zachowywać dowiedziałam się jeszcze przed wyjazdem, podczas rozmowy z koleżanką. Pierwszego dnia na farmie od razu wysłano mnie do pracy. Właściciel pokazał mi tylko, co mam robić i zostawił na stanowisku pracy, które przez cały czas było pod obserwacją znajomych szefa. Wytyczne dotyczą tylko tzw. trimmerów, którzy zajmują się przycinaniem kwiatów. Każdy z farmerów lubi inny rodzaj cięcia i trzeba się do tego dostosować.

Gdy pojawiasz się na farmie, możesz się przedstawić, jak chcesz. Może być ksywa, fałszywe imię, wszystko zależy od ciebie. Nikt tego nie sprawdza. Efekty swojej pracy podpisujesz, żeby nie pomieszały się z wynikami innych pracowników. Ja byłam sobą, stwierdziłam, że takich imion jak moje jest mnóstwo i nie warto sobie komplikować życia.

Z telefonami było tak, że musieliśmy mieć w nich wyłączoną lokalizację, jeśli właściciel zauważyłby, że ktoś tego nie zrobił, taka osoba od razu straciłaby pracę. Jeżeli chodzi o zdjęcia, lepiej zapytać właściciela, czy można je robić. Niektórzy na to pozwalają, o ile nie widać, gdzie zostały wykonane, inni wprowadzają ostry zakaz. Jednak najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest pozbycie się wszystkich zdjęć z telefonu. Policja ma prawo przejrzeć telefon i jeżeli na granicy znaleźliby u mnie zdjęcia z plantacji, mogłabym mieć problem z ponownym wjazdem do kraju.

Kulisy pracy na nielegalnej plantacji marihuany

Dostałaś ściśle określone zadanie czy musiałaś wykonywać wszystkie czynności, które są niezbędne do przygotowania suszu?

Wszyscy pracownicy podzieleni są na grupy. Jedna grupa ścina gałęzie, druga wypłukuje je z wszelkiego rodzaju naleciałości, a trzecia zajmuje się wieszaniem tych gałęzi na wieszakach, podobnych do tych, na których na co dzień wieszamy bieliznę. Pierwszego dnia musiałam obierać gałęzie z liści i wieszać je na wieszakach, które umieszczone były w wielkich halach. Taka typowa praca ogrodowa.

I tak przez cały czas? Opowiedz trochę o tym, jak wygląda typowy dzień na plantacji.

To zależy, gdzie trafisz, bo każda z farm ma trochę inne zasady. Przed legalizacją, czyli w czasach, w których w przemyśle było bardzo dużo pieniędzy, farmerzy często opłacali pracownikom posiłki. To było dla mnie bardzo wygodne, bo nie dość, że zarabiałam bardzo dużo, to moje wydatki były ograniczone do minimum.

Pracownicy przeważnie śpią w namiotach, które są rozłożone na plantacji, a w okresach zimowych przestawiane do hal. Mało kto wie, że Kalifornia to głównie góry i przez zdecydowaną większość czasu pracowałam przy ujemnych temperaturach. Od czasu do czasu zdarza się, że można trafić na plantację, której właściciel ma duży dom i cię do niego zaprosi, ale to nie jest reguła. Z samego rana wszyscy mieliśmy chwilę na poranną kąpiel, a potem śniadanie, które przeważnie trzeba zapewnić sobie samemu.

Na plantacjach nie ma czegoś takiego jak z góry ustalony grafik. Każdy z nas musiał samodzielnie zarządzać swoim czasem. Jeżeli nie pracowało się w polu, tylko przy cięciu gałęzi, to na początku dnia właściciel farmy rozdawał nam wypełnione gałęziami kosze o wymiarach 100 x 50, które pod koniec dnia musieliśmy oddać puste. Jeśli to nam się nie udawało, to tak naprawdę nie było żadnych konsekwencji, ale musieliśmy mieć z tyłu głowy tę świadomość, że jeśli właściciel będzie wymieniał pracowników, to pracę stracą ci, którzy byli najmniej wydajni.

Każda z plantacji, na której do tej pory pracowałam, była inna. Pamiętam, że pierwsza plantacja, na którą pojechałam, była rodzinnym biznesem - w sumie 200 drzew. Później pracowałam na takiej, gdzie rosło około tysiąca drzew i strzegli jej faceci z karabinami. Z kolei rastafarianie uprawiali mniej więcej 400 drzew. Skala tego biznesu jest bardzo różna.

Czy udało ci się dowiedzieć, ile kilogramów zioła wychodziło dziennie z największej plantacji, na jakiej dotychczas pracowałaś?

Największa grupa ludzi, z jaką miałam okazję pracować, liczyła 20 osób. Większość farmerów starała się utrzymać fajną energię w grupie i ograniczała liczbę pracowników do absolutnego minimum. Jeśli miałabym mówić średniej ilości zioła, którą obrabialiśmy na farmie w ciągu jednego dnia, to wydaje mi się, że byłoby to ok. 20 kilogramów.

Czy ktoś, kiedyś powiedział ci, jak wygląda cały łańcuch tego biznesu? Od produkcji, przez transport, aż po sprzedaż?

Miałam na tyle dobry kontakt z jednym z właścicieli, że w pewnym momencie zaangażowano mnie również w przygotowywanie produktu do transportu, jak i sam transport. Uprzedzając twoje pytanie - wiedziałam, czym grozi zatrzymanie samochodu z 40 kg zioła przez policję, ale wszystko było tak szczelnie pakowane, że była bardzo mała szansa, aby ktokolwiek znalazł w naszym samochodzie zioło. W szczegóły wolałabym jednak nie wchodzić. Zazwyczaj dowoziliśmy towar do zaufanej osoby, która kupowała wszystko, a co dalej się z tym działo, nie jestem w stanie ci powiedzieć. Zgaduję, że spora część towaru trafiała do smoke shopów czy klubów na terenie całej Kalifornii.

Kto zajmuje się prowadzeniem plantacji? Zastanawiam się, czy są to struktury na kształt narkotykowych korporacji, czy małe rodzinne biznesy?

Pomijając plantacje Meksykanów, które z pewnością powiązane są z kartelami narkotykowymi, w zdecydowanej większości są to rodzinne biznesy, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Często zdarzają się właściciele, którzy robią to całe życie i nie postrzegają upraw tylko w kategoriach biznesu, ale przede wszystkim jest to ich ogromna pasja i stale starają się ulepszać swój produkt.

Na początku 2018 roku władze stanu Kalifornia zalegalizowały zarówno sprzedaż, jak i uprawę marihuany. Jak te zmiany wpłynęły na sytuację właścicieli plantacji?

Nie jest tak, że wszystkie plantacje działają teraz legalnie. Mogłoby się wydawać, że zmiana prawa ułatwiła życie właścicielom upraw, ale stało się odwrotnie. Kiedy plantacje były nielegalne, ich właściciele mogli liczyć na bardzo wysokie stawki, co przekładało się także na nasze zarobki. Kilka lat temu za pół kilo przerobionej marihuany - czyli mniej więcej jeden dzień pracy - mogłam zarobić 250 dolarów, a znałam parę z Hiszpanii, która w ciągu dnia potrafiła przerobić 7 kilogramów. W momencie, w którym zalegalizowano marihuanę, stawki na niektórych farmach spadły do 100 dolarów za pół kilo.

Odbiło się to również na właścicielach farm, którzy przed legalizacją za paczkę zioła dostawali ok. 1500 dolarów, a teraz ceny wynoszą ok. 700 dolarów, przez co bardzo wiele farm - zwłaszcza tych, które były biznesami rodzinnymi - musiało się zamknąć, a zarządzający nimi ludzie zostali bez dochodu. Na nowej sytuacji prawnej skorzystały przede wszystkim duże koncerny takie jak Coca-Cola czy Red Bull, które - co wie bardzo niewiele osób - również mają swoje plantacje.

Czy w związku ze spadkiem stawek praca na nielegalnych plantacjach wciąż się opłaca? Myślisz o kolejnych wyjazdach?

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że dalej chciałabym tak pracować. To prawda, że finansowo zaczyna to wyglądać coraz gorzej, natomiast dla mnie jest to forma pewnego rodzaju odpoczynku i medytacji. Kiedy już udało mi się przebrnąć przez etap szukania kontaktów i trafić na konkretną farmę, to bardzo dobrze się tam czułam. Nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek inna praca była w stanie dostarczyć mi takich emocji.

Czy kiedykolwiek zdarzyło się, że wszystkie drzewa zostały ścięte i nie mieliście na czym pracować?

Zdarzają się takie sytuacje, ale nie wynikają one z braku drzew, lecz z faktu, że przed ścięciem gałęzi trzeba chwilę poczekać, do momentu, aż będą one odpowiednio osuszone. Do suszenia najczęściej używa się placków tortilli, które idealnie wyciągają wilgoć. Im ktoś ma lepszy produkt, tym bardziej pilnuje tego, aby był on odpowiednio wilgotny. Jeśli gałąź jest zbyt sucha, nie da się wykonać idealnego cięcia, z kolei, jeśli jest zbyt wilgotno to po pewnym czasie nożyczki - przypominające te, którymi w Europie tnie się winogrona - zaczynają kleić się od żywicy i bardzo ciężko się nimi pracuje.

Czytelnicy zapewne zastanawiają się, jak wygląda sprawa ze spożywaniem produktu, przy którym pracujecie. Właściciele farm zgadzają się na to, aby pracownicy palili jointy?

To kolejna rzecz, która jest indywidualna na każdej farmie, ale na ogół było przyzwolenie na spożywanie. Kilka razy zdarzyło mi się pracować na plantacjach, gdzie nie obowiązywały żadne limity. Najważniejsze było to, aby następnego dnia być gotowym do pracy. Jedyna zasada, która obowiązywała na każdej z plantacji, dotyczyła kwestii wynoszenia produktu poza plantację - tego nie wolno było nam robić.

Podczas pracy na plantacji dowiedziałam się o istnieniu tzw. "fingerhash", czyli najczystszej formy haszu z pyłków kwiatów. Jest to żywica, która przy przycinaniu gałęzi osiada na rękawiczkach. Po całym okresie pracy jest jej tak dużo, że można z niej zlepić kulkę wielkości pączka i bardzo wiele osób - za zgodą właścicieli plantacji - decydowało się na handel tym produktem. Wiązało się to jednak z ogromnym ryzykiem, bo hasz jest przetworzoną formą marihuany, której sprzedaż jest na terenie Stanów Zjednoczonych zabroniona.

Moi znajomi śmieją się, że po pracy na nielegalnej farmie, przestałam palić skręty. Ten zapach tak mnie zmęczył, że przestało mi to sprawiać jakąkolwiek przyjemność. Co więcej, z uśmiechem na twarzy wspominam teraz, jak wiele wysiłku wkładało się w znalezienie małego kawałka, który spadł przy skręcaniu. Na farmach takimi ilościami nikt się nie przejmuje.

Wyobrażam sobie, że jednym z powodów, dla którego ludzie decydują się na wyjazd, poza świetnymi zarobkami, jest chęć bycia na bezustającym haju.

Takich osób prawie w ogóle nie ma, bo farmerom zależy na ludziach, którzy będą szybko pracować. Jeśli ktoś zauważyłby, że za dużo palimy, to stracilibyśmy pracę, ale kilka buchów przed pracą, bardzo pomagało w skupieniu, dzięki czemu byłam dużo wydajniejsza. Szok przeżyłam wtedy, kiedy właściciel jednej z farm zaproponował nam całą gamę innych narkotyków od LSD po grzyby halucynogenne. Był to odosobniony przypadek i niewielu z nas skorzystało z tej propozycji.

Zaczynam odnosić wrażenie, że praca na nielegalnej plantacji doskonale wpisuje się w popularne w mediach społecznościowych hasło "praca marzeń".

Każda z osób, które przyjeżdżają na plantację, ma zupełnie inny cel finansowy, bo to, że przyjechali, aby szybko i dobrze zarobić dla nikogo nie było tajemnicą. Pamiętam mężczyznę, który zaczął pracę kilka miesięcy przed narodzeniem syna. Chciał zarobić pieniądze na lepszy start dla swojego dziecka. Spotkałam też chłopaka, który ze swoim psem przeszedł na piechotę całą Amerykę Południową i potrzebował pieniędzy na dalszą podróż.

Ja zdecydowałam się na wyjazd głównie po to, żeby mieć spokojną głowę i móc po powrocie poświecić swój czas malowaniu. Poznałam nawet kilku Polaków - jedna z dziewczyn przyjechała tylko na jeden sezon, a wyszło tak, że została cztery lata. Przyznam, że swego czasu myślałam nawet o tym, aby o moich doświadczeniach napisać książkę, której roboczy tytuł brzmiał właśnie "Dream job”. Szybko przekonałam się jednak, że moje zdolności pisarskie trochę kuleją.

Jesteś kobietą, która w pojedynkę pojechała do pracy na nielegalnej plantacji i z tego, co mówisz, na jednej z nich widok mężczyzn z bronią był na porządku dziennym. Jeszcze ani razu nie powiedziałaś, że towarzyszył ci strach. Nie spotkałaś się z niebezpiecznymi sytuacjami?

Z kilkoma nieprzyjemnymi sytuacjami spotkałam się jeszcze podczas pobytu w mieście, w którym próbowałam zdobyć pracę na plantacji. Pamiętam faceta, który opowiedział mi historię o tym, jak dzień wcześniej zabił swojego psa i gdzieś między słowami wspomniał o tym, że z człowiekiem też nie miałby większego problemu, ale zaznaczył, że byłoby przy tym dużo papierkowej roboty.

Jeśli chodzi o farmę pilnowaną przez facetów z karabinami to wbrew pozorom, czułam się tam bardzo bezpiecznie. Ci goście byli bardzo na luzie, a cała plantacja była dodatkowo wyposażona w monitoring, co wykluczało bezpodstawne podejrzenia o kradzież. Warto podkreślić, że na większości farm panuje bardzo rodzinna atmosfera.

Najgorzej czułam się na farmie u rastafarian. Szybko okazało się, że cała ta ekipa tworzy pewnego rodzaju sektę, na wzór tych, o których często piszą media. Mieliśmy ograniczoną wolność, nie mogliśmy wychodzić z farmy, nikt z nas do końca nie wiedział, ile zarabia. Podobnych problemów było na tej farmie całkiem sporo.

Pomijając kwestie techniczne, jak wspomniane już wcześniej zalepione żywicą nożyczki, co najbardziej zakłócało twój komfort pracy?

Dla mnie największym problemem były konflikty w grupie. Zdaję sobie sprawę, że możesz mieć wrażenie, że życie na nielegalnej plantacji to sielanka, ale przez większość czasu to ciężka fizyczna praca. Po całym dniu trzymania w ręku nożyczek, na palcach zaczynają pojawiać się bolesne odciski. Pamiętam, że po pierwszym wyjeździe, moje palce dosłownie zmieniły swój kształt. Na farmach bardzo często zdarzają się wypadki, bo pracujemy z ostrymi narzędziami. Jedna z moich koleżanek upadła na torebkę, w której schowany był sekator i przebiła sobie rękę. Przez cały czas musieliśmy być bardzo ostrożni i uważać na to, co robimy.

Wspomniałaś, że byłaś trimmerem, a mnie z kolei zastanawia czy można wykonywać pracę w charakterze testera?

Oficjalnie nie było takiego stanowiska. Właściciele sami odpowiadali za jakość produktu i to oni musieli go testować, doglądając każdego etapu prac. My też staraliśmy się czuwać nad jakością produktu, bo po pewnym czasie potrafiliśmy już rozpoznać czy z rośliną jest wszystko w porządku. Po kilku tygodniach umiałam ocenić - po zapachu i kolorze liści - czy w kwiatach zalęgła się gąsienica, czego na pierwszy rzut oka kompletnie nie widać. Jest cała masa takich małych rzeczy, które zaczynasz zauważać dopiero po kilku dniach pracy na plantacji.

Nie bałaś się, że w pewnym momencie zjawi się policja i wszyscy zostaniecie deportowani, co mogłoby skutkować dożywotnim zakazem wjazdu do Stanów Zjednoczonych?

Każdy z nas dostał od właścicieli plantacji informacje, dotyczące tego, jak powinniśmy się zachować w przypadku przyjazdu policji. Nigdy tego nie doświadczyłam, ale pamiętam, że mieliśmy mówić, że tylko pomagamy znajomym. Nikt nie byłby w stanie udowodnić, że było inaczej. Policję na farmie widziałam tylko raz i to w sytuacji, w której funkcjonariusze przyjmowali łapówkę od właściciela.

Wiedzieliśmy, jakie ryzyko podejmujemy i na co dzień nikt z nas się nad tym nie zastanawiał. Często zdarzały się sytuacje, że nad plantacjami przelatywały policyjne helikoptery i chyba dopiero wtedy pojawiała się u nas pewnego rodzaju obawa, o to, czy zamierzają wylądować akurat na naszej plantacji. Pamiętam, że na farmie u rastafarian było to duży problem, bo ci ludzie siedzieli w domu z dziećmi. Jeśli policja dowiedziałaby się, że dzieci przebywają na plantacji - bez względu na to, czy warunki w domu byłyby dobre, czy złe - zostałyby one odebrane rodzicom. Dlatego za każdym razem, kiedy dzieciaki słyszały nadlatujący helikopter, szybko chowały się pod plandeką.

Jaka jest ciemna strona pracy na nielegalnych plantacjach?

To, że ja się tam odnalazłam, wcale nie oznacza, że nie ma w tym biznesie żadnych patologii. Pierwsza kwestia, o której warto wspomnieć to temat wykorzystywania kobiet, słyszałam kilka historii o podwójnej kasie za trimmowanie w samej bieliźnie. Pojawiały się też plotki o romansach między pracownicami a właścicielami farm. Miałam jednak dużo szczęścia, bo nie doświadczyłam żadnej z tych rzeczy.

Natomiast raz trafiłam na zarządcę plantacji z problemem alkoholowym. Zareagowałam szybko. Poszłam do głównego szefa i powiedziałam wprost, że w towarzystwie tego człowieka nie jesteśmy w stanie pracować. Kilka minut później ten człowiek został wyrzucony z pracy. Krąży legenda o tym, że parę lat temu w lasach, w których pracowałam, zginęła spora grupa imigrantów. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, jeden z farmerów, zamiast zapłacić za wykonaną pracę, wolał po prostu pozbyć się pracowników.

Zastanawia mnie, jak dużo osób rezygnowało z pracy, kiedy już przekonali się na własnej skórze, jak w rzeczywistości wygląda codzienna praca na plantacji.

Było trochę takich osób i nawet ja zrezygnowałam z pracy m.in. na farmie u rastafarian, ale była to tylko i wyłącznie kwestia zmęczenia psychicznego. Poszłam do szefa i zapytałam, czy mogę wziąć kilka dni wolnego, na co on odpowiedział, że u nich nie jest to możliwe. Postanowiłam zrezygnować.

Czy po swoich doświadczeniach byłabyś w stanie rozpoznać jakość marihuany sprzedawanej przez warszawskich dilerów?

No pewnie, że tak. W tej dziedzinie jestem już ekspertką. Zauważyłam ostatnio, że kiedy wracam z pracy na farmie, to po samym zapachu jestem w stanie rozpoznać, z jakim gatunkiem zioła mam do czynienia. Na farmach jest tak, że kiedy kawałek spadnie ci na ziemię, musisz wiedzieć na, którą kupkę należy ten kawałek odłożyć. Pytanie o jakość marihuany na ulicach polskich miast pozostawię bez komentarza.

Na skutek pandemii koronawirusa wiele osób straci lub już straciło pracę i zapewne znajdzie się wśród czytelników ktoś, dla kogo nasza rozmowa będzie inspiracją do wyjazdu na plantację. Czy masz dla tych początkujących trimmerów jakieś rady, którymi mogłabyś się podzielić?

Wydaje mi się, że każda z takich osób sama wyciągnie wnioski z naszej rozmowy, ale warto podkreślić, że trzeba być osobą, która nie boi się ciężkiej pracy i ciężkich warunków. Ważne jest to, aby mieć otwartą głowę na innych ludzi i kultury. Trzeba być świadomym tego, że ewentualna deportacja, może mieć naprawdę tragiczne skutki. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla wielu osób codzienna praca z perspektywą takiego zagrożenia byłaby niemożliwa.

Oceń treść:

Average: 6 (8 votes)

Komentarze

Ja wiem (niezweryfikowany)

Dawno nie było takiego steku bzdur , po co to publikować na hyp .

rooney (niezweryfikowany)

to praca moich marzeń, tak i samo jak i miejsce w którym jest, piękny kraj

Zajawki z NeuroGroove
  • Tramadol

Z narkotykami mam już do czynienia od dłuższego czasu – zioło, feta, tabsy...jednak zawsze korciło mnie, żeby spróbować czegoś mocniejszego – najlepiej z opiatów – jak morfina czy heroina. Kiedy tylko okazało się że kumpel ma butelkę morfiny pozostałą po nieżyjącej już babce nie zastanawiałam się dłużej. Tego dnia wybrałyśmy się wraz z koleżankami do niego koło godziny 12, ponieważ jego ojca nie było wtedy już w domu. Po drodze zaopatrzyłyśmy się w pięciomililitrowe strzykawki.

  • Marihuana

Substancja: Marihuana (ok. 0.7g)

Wiek, waga: 18lat, 60kg

Exp: Etanol, nikotyna, kofeina, THC

Set & Settings: ciasne pomieszczenie u kumpla (T), łąka, własny dom

  • 2C-P
  • Metoksetamina
  • Pozytywne przeżycie
  • Tytoń

Wieczór u kumpla, nastawienie psychiczne dobre.

Cóż, tę banię mogę z pewnością nazwać jedną z najciekawszych, o ile nie najciekawszą. 

Jak zwykle, dodam, że wiek: 18, 21, 21

No więc...

17:00 Zjadam porządny obiad, wiedząc, że może to być mój ostatni posiłek tego dnia, pakuję się - podstawowe kosmetyki, paczka szlugów, słuchawki, okulary, koperta z RC'kami, kurtka przeciwdeszczowa, bluza.

  • Pseudoefedryna

S&S: Miły sobotni zimowy wieczorek, dom, dobry humor, chęć wyleczenia kataru ;]

Dawka: Pseudoefedryna w leku Sudafed (na katar) 1 tabletka 60mg tej substancji, zażycie 7 tabletek czyli 420mg

Exp: MJ, %, nikotyna, dxm, pseudoefedryna, n2o